Potrząsnęła nim, zaciskając jeszcze mocniej rękę na jego ramieniu. - Pożyczalski - powtórzył Chłopiec. .

Jego obrębie spotkaliśmy się z niebezpieczeństwem groźnym: idea. Dopytywał się wszędzie, gdzie jest to "boskie". "Pytałem ziemię,. Tym czym innym przypadku. Dążąc do typu, drogą porównania. "Kolonię" składało kilkana¶cie kobiet, Polek, wyrzuconych przez los z różnych. - Nie do tego stopnia - mówi. - Naturalnie, każdy chciałby być pierwszy, ale nie aż tak. Maples to zły przykład, choć nie mogę mówić o doktor Kinę. Nigdy nie udało mi się z nią skontaktować. Najdziwniejszą rzeczą w historii o doktorze Maplesie, MaryDaire Kinę i zębach, które przewieziono do Kalifornii w celu przeprowadzenia badań jest to, że ich wyniki nigdy nie ujrzały światła dziennego. W listopadzie 1993 Maples, podpisując oświadczenie złożone pod przysięgą poinformował sąd w Wirginii, że badania DNA mitochondrialnego trwają już pięć miesięcy oraz że doktor Kinę (w przeciwieństwie do Gilla i Iwanowa) nie dopatrzyła się w DNA mitochondrialnym cara zjawiska heteroplazmii, a co za tym idzie "nie musiała oddawać się spekulacjom na temat zjawisk genetycznych [takich jak mutacja) celem uzyskania pewności przy ustalaniu pokrewieństwa". Maples oświadczył ponadto, że doktor Kinę właśnie pracuje nad oficjalnym raportem, który jednak przed udostępnieniem szerokiej publiczności zostanie przekazany władzom okręgu swierdłowskiego. W grudniu 1993 roku doktor Levine stwierdził, że Kinę "opublikuje raport już za miesiąc". W styczniu 1994 roku Maples oświadczył, że raport będzie gotowy "za miesiąc lub dwa". W lutym spodziewał się zorganizować konferencje prasowe w Berkeley w najbliższych dniach. W połowie kwietnia Levine stwierdził: "tak, mamy taką nadzieję". Pod koniec miesiąca Maples ujawnił, że doktor Kinę nie przeprowadzała badań DNA osobiście; zostały przeprowadzone w jej laboratorium przez doktora Charlesa Ginthera, jednego z jej współpracowników. Maplesowi powiedziano, że Ginther sporządził wprawdzie pisemne sprawozdanie, lecz napisał je językiem niezwykle hermetycznym, zrozumiałym jedynie dla ekspertów. Doktor Kinę nie była z niego w pełni zadowolona, toteż zamierzała je w wolnej chwili zredagować tak, aby stało się zrozumiałe dla laików: dla władz swierdłowskich i szerokiej opinii publicznej. Wówczas Maples był już "bardzo niezadowolony z pracy doktor Kinę", zwłaszcza że zaproszono go do Moskwy w celu przedstawienia wyników badań.. Konieczność zdążenia z felietonem przed zamknięciem numeru powodowała, że prosto z sądu, nieraz bez obiadu, biegłem do redakcji. Przeniosła się ona już wtedy z ciasnych pokoików na Nowym Świecie do własnego pięknego gmachu przy Marszałkowskiej 3/5/7, tam gdzie dziś mieści się "Życie Warszawy". Nowy, specjalnie przebudowany z fabryki dywanów, budynek zawierał oprócz wspaniale urządzonej części redakcyjnej, połączonej bezpośrednio z zecernią lino-typową i ręczną, wielką halę maszyn oraz ekspedycję i inne przyległości, konieczne dla wielkiego już teraz wydawnictwa, które przybrało nazwę: Dom Prasy. Jakie to było niepodobne do starego lokalu ,czerwoniaków"! Nowe warunki spowodowały inny zgoła porządek w pracy dziennikarskiej. Dawniej przy jednym biurku tłoczyło się po kilku kolegów, czekając niejednokrotnie na ciepłe jeszcze miejsce. Teraz dostojne, przeszklone kryształowymi szybami gabinety służyły za miejsce pracy dwóm, a najwyżej trzem dziennikarzom. Dawniej bodźcem nakłaniającym do punktualnego przychodzenia była nieduża szafka, zawierająca butelkę francuskiego koniaku i kanapki z kawiorem. Kto przychodził przed wyznaczoną godziną, otrzymywał od zarządzającej tymi skarbami bufetowej, monumentalnej pani Zofii, kieliszek koniaku i dwie kanapki. Po wybiciu tej godziny szafka była zamykana i żadne prośby nie pomagały. O wysokoprocentowym bodźcu mającym na celu wprowadzenie się w trans pracy nie było już mowy. Na Marszałkowskiej szafkę zastąpiły dzwonki. One to uprzedzały o zbliżającym się terminie zamknięcia numeru, one zmuszały do punktualnego przychodzenia. Osobiście nie byłem związany takimi rygorami jak koledzy opracowujący bieżący numer, musiałem tylko zdążyć z felietonem na ostatni dzwonek. To spowodowało u mnie tak zwany odruch warunkowy. Bez tego miecza Damoklesa wiszącego nad głową nie potrafiłem pisać. Siedziałem w wygodnym zresztą fotelu, obserwowałem przez szklaną ścianę zawrotne tempo redakcyjnego życia na korytarzu, a do roboty wziąć się jakoś nie mogłem. Dopiero zbliżające się nieuchronnie ostatnie momenty oddawania rękopisu podrywały mnie do czynu. Tytuł pisałem często biegnąc przez korytarz do zecerni. To niestety pozostało mi do dziś, nie potrafię pracować; na zapas, do szuflady. Muszę czuć w powietrzu ten ostatni dzwonek. To między innymi spowodowało, że słowa niniejsze docierają do Czytelnika z dwuletnim opóźnieniem. Nie mogłem się jakoś zabrać do tego pamiętnika. Za długi dostałem termin od wydawców. Przypuszczam, że to jakaś choroba woli, chociaż żona twierdzi, że tego rodzaju chory nazywa się po prostu leń patentowany. W skład ówczesnej redakcji oprócz kilku wybitnych starszych dziennikarzy wchodziła sama młodzież. Zdolna, bystra, umiejąca wycisnąć interesujący szczegół z najbardziej suchej wiadomości i podać ją pod sensacyjnym tytułem. Za najlepszy zresztą tytuł w numerze redakcja dawała premie - dwadzieścia pięć złotych. Było to dużo pieniędzy, na przykład para bardzo porządnych półbutów gorszych dwie. Chociaż czasem bywały z tymi tytułami kłopoty. Jedna z koleżanek, chcąc ozdobić wyszukanym nagłówkiem sprawozdanie z wystawy drobiu i zwierząt futerkowych w ogrodzie na Bagateli, napisała: Skrzydlaci i futerkowi dygnitarze na wystawie drobiu. Tytuł, owszem, nieprzeciętny, ale stał się powodem pewnych perturbacji dla redakcji. Mianowicie zaraz pod nim umieszczona została fotografia z otwarcia, przedstawiająca komitet wystawy i zaproszone wysoko postawione osobistości, wśród nich prezydenta miasta Starzyńskiego. Po ukazaniu się numeru z tym artykułem naczelny redaktor Butkiewicz otrzymał telefon: - Tu Starzyński, powiedzcie mi, za jakiego dygnitarza mnie uważacie, za skrzydlatego czy za futerkowego? Na szczęście prezydent Stefan Starzyński miał wielkie poczucie humoru i nie obraził się. Skończyło się tylko na uwadze Butkiewicza pod adresem redakcji, żeby staranniej koordynowała zdjęcia z tytułami. Chochlik drukarski płatał czasem "czerwoniakom" dotkliwsze figle. Oto pewnego dnia na pierwszej stronie "Expressu Porannego" ukazała się mowa ministra spraw zagranicznych Augusta Zaleskiego. Na końcu pierwszej szpalty wśród wynurzeń ministra na temat sytuacji w Europie widniało zdanie: "Tango Kataszka - Ja cierpię dolę." Wybuchł wielki skandal połączony z dochodzeniem policyjnym. Nawet ja byłem pytany, czy w jakimś ze swoich felietonów nie użyłem tego zwrotu, który potem zaplątał się w mowę ministra. Odrzuciłem to pomówienie z oburzeniem - nie wtrącam się do polityki i niemuzykalny jestem. Na razie podejrzewano nawet sabotaż, ale się okazało, że to po prostu któryś z zecerów dla zabawy wystukał sobie na linotypie to figlarne zdanko, które jakoś zawędrowało do wynurzeń ministra Zaleskiego. Winne były po prostu pośpiech i korekta, No imoże ten drań chochlik.. - zdziwiła się Madeline. - Odbyłam z nim interesującą rozmowę w tym czasie, kiedy ty i pan Hunt byliście w domu pana Pitneya. Miałam okazję bliżej go poznać. Jest to bywały w świecie dżentelmen. - Naprawdę?. Zepsuła się jedna niszczarka. Nie wiem, cry zdążymy. Oni są coraz bliżej..